Informacje

Informacje

Afera monitoringowa. Kto pozwolił? Kto zarobił?

Na dzień przed zaprzysiężeniem Dariusza Wójtowicza na prezydenta, stare władze miasta pozwoliły na „deal”, który może Mysłowice pozbawić monitoringu i narazić na milionowe straty.   Miało być tak pięknie. Czterdzieści kamer stacjonarnych uzupełnionych o dwa zestawy mobilne, które mogą pracować w każdym z rejonów miasta. Inteligenta sieć, rejestrująca na video określone obszary, a także reagująca na kolizje, zbiegowiska, dewastacje, leżącego czlowieka. Nic dziwnego, że hucznie zapowiadany przez prezydenta Lasoka monitoring dla Mysłowic budził zainteresowanie nie tylko mieszkańców, ale także samorządowców innych miast.  

Coś jednak poszlo nie tak.

  W 2017 roku podpisano umowę z firmą Qumak, która zobowiązała się do dostarczenia i zamontowania monitoringu oraz obsługiwania i serwisowania go do sierpnia 2024 roku. Po tym czasie całą infrastrukturę miała przejąć gmina. Zapłatę za tę usługę podzielono na 56 miesięcznych rat, w które wliczono część opłaty za sprzęt oraz koszt serwisu i konserwacji. W umowie nie uwzględniono jednak podziału procentowego. Nie wiadomo, jaką część raty stanowi spłata sprzętu, a ile wynosi świadczenie usługi, ale to jest najmniejszy z problemów.   W trakcie trwania umowy wprowadzono kilka aneksów, z których najważniejszym okazał się ten z 21 listopada ubiegłego roku. czyli podpisany na dzień przed zaprzysiężeniem nowego prezydenta. Firma Qumak oficjalnie zgłosiła wtedy podwykonawcę. Dla miasta chyba nie było to zaskoczeniem. Już w czerwcu 2018 roku, wykonawca wystąpił do gminy z prośbą o cesję wierzytelności na podwykonawcę.  

Co to oznacza w praktyce?

  Qumak wystawiał fakturę ze wskazaniem konta bankowego podwykonawcy, a miasto uwzględniło cesję, choć aneks został podpisany dopiero w pięć miesięcy później. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej po analizie dokumentów dostępnych w Krajowym Rejestrze Sądowym. Okazuje się, iż czlowiek wyznaczony przez miasto do sporządzenia Specyfikacji Istotnych Warunków Zamówienia wkrótce zasiadł we władzach firmy, której spółka córka została zgłoszona jako podwykonawca monitoringu miejskiego. Osoba odpowiedzialna za SIWZ wykreowała cały zakres postępowania decydując, m.in. o usługowym modelu realizacji umowy, warunkach technicznych oraz o udziale podwykonawcy, któremu zapewniono możliwości zastrzeżenia nazwy z uwagi na tajemnicę handlową.  

Jakby tego było mało, Qumak scedował na podwykonawcę całe wykonanie usługi, łącznie z zakupami sprzętu.

  Prawdziwe schody zaczęły się dopiero w lutym tego roku. Firma Qumak ogłosiła upadłość! Niektóre kamery przestawały działać, a miasto powinno w takiej sytuacji naliczać kary umowne. Tylko komu potrącić pieniądze, skoro nikt już nie wystawiał faktur?   Ciąg dalszy problemów pojawił się w czerwcu, kiedy syndyk poinformował władze miasta, że zgodnie z postanowieniem sądu, odstępuje od umowy, jaką podpisał Qumak. zlożone przez gminę w prokuraturze zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa nie spowodowało zabezpieczenia majątku. Oznacza to, iż podwykonawca rości sobie prawa do pełnego demontażu całej infrastruktury monitoringowej.  

Co na to miasto?

  Gmina wraz z prawnikami od pół roku stara się zabezpieczyć jakkolwiek majątek związany z monitoringiem. Jak na razie bez efektów. Ze wstępnych informacji wynika, że z miejskiego budżetu wypłynęło już ponad milion zlotych, m.in. na raty za sprzęt. Do tego dochodzą koszty pięciu pracowników do obsługi monitoringu. Ich utrzymanie obciąża budżet kwotą ponad 200 tys. zl.   Trudno połapać się w tym galimatiasie, ale w największym uproszczeniu sytuacja wygląda tak: umowny wykonawca nie jest już wykonawcą, a właścicielem infrastruktury monitoringu jest podwykonawca, którego czlowiek zaprojektowała cały ten model. Czy miasto zostanie bez miejskiego monitoringu? Na razie wiemy tylko tyle, że sprawa jest w toku, a kamery - póki co - działają.

Jerzy Filar

Śledź nas

Social & newsletter

Logo stopka

© 2020 © Wszelkie prawa zastrzeżone

Search