Informacje

Informacje

Dariusz Wójtowicz, prezydent Mysłowic: W samorządzie poglądy polityczne muszą zejść na drugi albo trzeci plan. Najważniejsze jest miasto.

- Powieściowy bohater Jack Reacher zawsze liczy na najlepsze, ale jest przygotowany na najgorsze. Ta reguła obowiązuje też w samorządzie?

- Jack Reacher, mimo zdolności dedukcyjnych i przenikliwej inteligencji czasami używa pięści, aby bronić swoich racji. Jest więc w lepszej sytuacji, niż samorządowcy. Proszę podkreślić, że to jest oczywiście żart, bo moi przewrażliwieni przeciwnicy zaraz powiedzą, że nawołuję do przemocy. Poza tym w samorządzie od umiejętności żandarma wojskowego, jakim jest Jack, bardziej przydaje się doświadczenie sapera...

- Tyle min zostawił po sobie pański poprzednik?

- Zostawił prawdziwe pole minowe. Kilka bomb mogło wysadzić finanse całego miasta, a jedna zagroziła katastrofą w dosłownym znaczeniu.

- Jest też inne, niepowieściowe ale życiowe powiedzenie: widziały gały co brały.

- Nie do końca się z tym zgadzam. Gały widziały, że miasto jest źle zarządzane, stoi w miejscu i pogrąża się w problemach, z których trudno będzie wyjść. Jestem samorządowcem od 1998 roku i sporo wiem na temat działania lokalnej władzy. Proszę jednak pamiętać, że radni choć wiedzą sporo, to nie są w stanie ogarnąć całości, bo nie mają dostępu do wszystkich dokumentów i informacji, którymi dysponuje prezydent. Też chciałem, jak wielu prezydentów innych miast, zacząć urzędowanie od spektakularnego remontu albo budowy drogi. Zamiast tego, w ramach przywitania na stanowisku, musiałem się zmierzyć z prawie 23. milionową dziurą w budżecie. Okazało się, że mój poprzednik planował inwestycje, ale przeznaczone na nie kwoty przenosił potem na wydatki bieżące. Dla miasta wielkości Mysłowic to duże pieniądze, które mają swój konkretny przelicznik w niezrealizowanych budowach, remontach, modernizacjach.

- Chyba nie to dało Panu najbardziej w kość?

- Było więcej poważniejszych problemów. Choćby fatalna sytuacja MPWiK, która mogła pogrążyć całe miasto. Oczywiście, największym, wciąż nieugaszonym pożarem jest toksyczne składowisko na Brzezince. Na szczęście finalizuje się sprawa jego utylizacji i prawdopodobnie jeszcze w tym roku mieszkańcy dzielnicy i całego miasta będą mogli zasypiać bez strachu, że obudzi ich wycie syren alarmowych.

- Jakoś słabo się Pan cieszy…

- Mam ambiwalentne odczucia. Z jednej strony odczuwam ogromną ulgę, że znaleźliśmy rozwiązanie tego problemu, ale jestem też wściekły, że tyle energii, czasu i pieniędzy musiało pójść na naprawianie błędów z przeszłości. Jest to jakaś ironia losu, że największa inwestycja ostatnich dekad w Mysłowicach będzie miała charakter ratunkowy, a nie rozwojowy. Koszt utylizacji bomby na Brzezince sięgnie 94 mln zł. Nawet nie chcę liczyć, ile rzeczy można by za takie pieniądze zrobić dla Mysłowic.

- Od przejęcia władzy w Mysłowicach upłynęło dwa i pół roku. Spodziewa się Pan jeszcze jakiś niespodzianek z przeszłości?

- Przeszłość będzie nad nami ciążyła jeszcze długo. W dwa i pół roku nie da się odrobić zaległości i zaniedbań, które ciągnęły się przez lata, a nawet dekady.

- Te zaległości uda się nadrobić, m.in. dzięki pomocy rządu. Proszę zdradzić jak to możliwe, że prezydent miasta, który nigdy nie krył lewicowych przekonań potrafi się dogadać z prawicowym premierem?

- Ja nie ukrywam swoich poglądów, ale zostawiam je w domu, kiedy wychodzę do pracy. Wiem, że wielu samorządowców ma silną pokusę, aby aktywnie włączać się w życie polityczne, ale ja tego unikam, a wręcz wykluczam. W samorządzie poglądy polityczne muszą zejść na drugi albo trzeci plan, bo najważniejszy jest program dla miasta. Pieniądze pozyskane dla Mysłowic nie mają barw politycznych. Ja oceniam rząd Mateusza Morawieckiego według tego, co zrobił dla naszego miasta. Według tej skali, nie mieliśmy jeszcze we władzach centralnych większego przyjaciela.

- Pańskim śladem nie idą inni mysłowiccy samorządowcy. Podziały polityczne są wyraźne i mają duży wpływ na głosowania w Radzie Miasta.

- Nie nazwałbym tego podziałami politycznymi, lecz raczej grą interesów. W Mysłowicach spoiwem dla grup towarzyskich nie zawsze jest polityka, a częściej pieniądze. Szefem kancelarii prezydenta Lasoka był przecież Wojciech Król, dzisiejszy poseł Platformy Obywatelskiej. Z kolei doradcą magistratu, na bardzo intratnych umowach, był Tomasz Papaj, szef mysłowickiego Prawa i Sprawiedliwości. Ci ludzie dobrze z sobą żyli, bo łączyły ich interesy. Teraz zostali odcięci od miejskiej kasy, ale dalej trzymają się razem, aby przeczekać ciężkie dla nich czasy.

- Nie można opierać rządzenia tylko na narzekaniu na poprzedników.

- Wcale nie opieram na tym swojej polityki. To Pan o to pytał, a ja odpowiadałem. Jestem z natury optymistą i wracając do Jacka Reachera zdecydowanie wolę pierwszą część jego życiowej dewizy. Zresztą to się sprawdziło w przypadku Mysłowic i to z nawiązką. Pamiętam naszą rozmowę sprzed dwóch lat. Pytał Pan, z czego wezmę pieniądze na realizację obiecanych inwestycji. Odpowiedziałem, że z oszczędności, ożywienia gospodarczego i zaciskania pasa. Większość samorządowców odpowiedziałaby, że liczy na środki zewnętrzne. Ja też na nie liczyłem, ale nie chciałem rzucać w ciemno obietnic, na które nie miałem wpływu. Tymczasem rzeczywistość przerosła nasze najśmielsze oczekiwania. Na stronie Urzędu Miasta jest licznik pieniędzy, jakie pozyskaliśmy od początku tej kadencji. Na dziś, a rozmawiamy 21 kwietnia, jest to 156 mln zł. To jest rekord wszechczasów w Mysłowicach i bardzo dobry wynik na tle innych miast.

- Z bagażem dzisiejsze wiedzy o mieście, wystartowałby Pan do wyborów w 2018 roku?

- Jestem samorządowcem z tak dużym stażem, że nawet sobie nie zadaję takich pytań. Po władzę nie idzie się po to, aby biadolić i użalać nad sobą, lecz by działać.

Rozmawiał: Jerzy Filar

Śledź nas

Social & newsletter

Logo stopka

© 2020 © Wszelkie prawa zastrzeżone

Search